Przespać własny poród? To możliwe.

Nigdy nie przypuszczałam, że to możliwe do osiągnięcia, a jednak. Niemożliwe stało się faktem. Zdarzyło mi się przespać własny poród.  Posłuchajcie.

Zanim urodziłam Patryka, przyszło mi rodzić dwa razy i nigdy nie zakładałam cesarki. Chciałam  rodzić naturalnie, z mężem przy boku. No plany planami, życie życiem i dwa razy trafiałam ze względów medycznych na stół. W dwóch rożnych szpitalach, z dwoma różnymi podejściami do położnic i opieki okołoporodowej.

Ta ciąża była inna.

 Przede wszystkim ustąpiły moje problemy krążeniowo – sercowe i  czułam się naprawdę dobrze do samego końca, choć od 34 tc. Dopegyt łykałam systematycznie. Po dwóch cesarkach początkowo nie myślałam o porodzie Sn (sam lekarz szanse oceniał na 1%), ale okazuje się, że historia zna takie przypadki. Nie ukrywam, że jedna z Was – moja czytelniczka, mocno mi  o tym wałkowała.IMG_20171017_153908944

Zanurkowałam w temacie. Rozmawiałam z lekarzem prowadzącym, tym samym, który prowadził mi 2 poprzednie ciąże, do którego chodzę 7 lat i jest praktykiem w szpitalach. Od razu mi wyłożył, że oddziały są przepełnione, pacjentek jest zatrzęsienie, a ludzi do pracy mało. W moim przypadku poród musiałby być nadzorowany przez lekarza i nie ma wyjścia, a ja non stop podpięta pod ktg, by wychwycić początek problemów typu spadek tętna dziecka czy podejrzenie pęknięcia blizny macicy. Wieść internetowa głosi, że w Warszawie na Żelaznej jest lekarz entuzjasta takich porodów. Ściąga pacjentki po cesarkach do siebie z całej Polski i kwalifikuje je do porodów naturalnych. On i kilku podobnych lekarzy to prekursorzy w swoich dziedzinach pod tym względem. No ale…

Rozważyłam sprawę w swoim sercu i zdecydowałam:

  1. Nie chcę jechać z Pomorza do Warszawy na poród, wynajmować pokój czy mieszkanie i czekać, aż się akcja porodowa zacznie, a potem – śmigać na oddział (lub opcja druga- leżeć na patologii od 37 tc bez wsparcia najbliższych, ale pod okiem lekarzy, dalej j.w.)
  2. Nie chcę wracać kilka godzin z pociętym kroczem (Sn) lub brzuchem (nawet rozpoczęcie porodu Sn nie gwarantuje sukcesu do końca) z noworodkiem samochodem lub PKP (dla mnie co prawda wygodniej, bo więcej możliwości zmiany pozycji, za to z milionem bakterii lub wirusów dla malucha).IMG_5677

Czyli rodzę gdzieś między Wejherowem a Gdańskiem, u siebie.

To pewne. Stanęło na Gdyni Redłowie. I stanęło niestety na cesarce, planowej, bo Bobas i w 36 i 38 tc dalej był wypięty tyłeczkiem na świat, a jak wiadomo, położenie miednicowe jest wskazaniem nie tylko do trzeciej, ale i do pierwszej cesarki też. Nie było o czym gadać.

Grzecznie i pokornie ze wszystkimi zaleceniami, badaniami i gratami stawiłam się w czwartek o 7.30 na Izbie Przyjęć. Telefonem nagrałam pierwsze i zarazem ostatnie KTG tej ciąży, na fotelu dalej szyjka bez zmian, zamknięta jak sezam, na usg dzidzia dalej bez obrotu. Choć o 8 miałam wg planu iść pod nóż, plany się zmieniły.

Baby boom i brak miejsc na położnictwie

 Lekarz co prawda w żartach zaoferował mi łóżko piętrowe, a tak na poważnie powiedział, że żarty się skończyły, z  moim wywiadem już mnie do domu nie wypuści, bo w każdej chwili może być zmiana mojego stanu, a i tak od tygodnia już powinnam leżeć doglądana na patologii (nie leżałam, bo szpital pełen, a ja byłam w stanie dobrym). Powiedział, że to może potrwać kilka dni, ale jeśli tylko zmienią się okoliczności, potnie mnie gdy nawet będzie tylko 5% szans na miejsce na położnictwie. Na wszelki wypadek mam nie jeść, skoro i tak już jestem na czczo. Ok. Męża wysłałam z powrotem do teścia, niech sobie jeszcze czeka na rozwój dalszych wypadków a sama zatopiłam się w lekturze książki na 2 godziny. Wpada położna i informuje mnie, że za 20 min mam cięcie. Noż….

Zasięgu oczywiście niet. Daję telefon sąsiadce i błagam, by spróbowała się w tym bezzasięgu połączyć z moim mężem. Bach, papiery na stół, podpisuję (a mam jakieś inne wyjście?), cewnik w pęcherz (a miałam przed chwilą jeszcze skoczyć do toalety- nie zdążyłam), koszula bawełniana zmieniona na gustowną fizelinkę w modnym w tym sezonie kolorze wrzosowym i na wózek. W klapkach- zabrali mi dopiero na sali operacyjnej.

Siadam na łóżko, bach znieczulenie w kręgosłup. Informuję anastazjologa, ż 6 lat temu znieczulenie (nie wiem jakim lekiem) – kiepsko działało i anastazjolog mówił, że daje mi ostatnie 3 minuty na rozpoczęcie działania znieczulenia, jak nie to mnie uśpi. Wtedy zadziałało.

Waga? Wzrost? Próbujemy. Leżę sobie na tym łóżku, jest zespół anastazjologiczny i ginekologiczny, neonatologicznego jeszcze nie ma. Smarowanie ciała gazikiem. Zimny? Zimny. Ciepły? Nie, letni. Skalpel… A ja ruszam nogami. Czekamy. Wielki zegar z mojej prawej strony. Jak nic 11.20. Czekam na dalsze działania i najbardziej nieznośne uczucie wyszarpywania łożyska i najbardziej pocieszający płacz Malucha. Anastazjolog pyta koleżankę czy ma taki to a taki lek. Nie.

- Podam pani tlen, będzie pani spokojniej oddychać.

Spoko, tlen pamiętam z drugiej cesarki (w pierwszej, w innym szpitalu nie miałam). Nie uważam, by był dla mnie pomocny, ale na pewno nie zaszkodził.

Tylko, że ja już tego tlenu nie doczekałam… z przyjemnego snu, pełnego pozytywnych rodzinnych bohaterów wyrwał mnie głos mojego lekarza prowadzącego.

- pani Joanno, tu jest mąż.

I się ocknęłam. Zaraz, czyli babki się do niego dodzwoniłyJ oooo mnie wywożą. Czyli spałam, tym bardziej, że na zegarze 11.50, a przed chwilą jak nic była 11.20. Odleciałam. Uspali mnie. Łał… Dzidzia jest na świecie, a ja przespałam Jego narodziny. Wyszarpywania nie będzieJ 1/3 nieprzyjemności związanej z cesarką nie będzie. Juhu!

Nawiasem powiem, że nie traktuję cesarki jako jednej z cięższych operacji, uważam, że są inne, gorsze i bardziej ryzykowne. Jednak zapewniam, choć cesarka jest szybsza niż poród naturalny i nie boli, boli wszystko po. Pionizacja – koszmar. Przejście kilku kroków do toalety jak maraton. Wstanie do dziecka gdy płacze… wyczyn na miarę Mount Everestu. Warto tego sobie życzyć?

Przewożą mnie na salę pooperacyjną, mąż przynosi rzeczy z patologii. WJEŻDŻA DZIDZIA. Mało Go widzę, bo głowy podnosić nie mogę, a on jest opatulony w pieluszki szpitalne. Choć położnej w zabiegowym mówiłam, gdzie są rzeczy dziecka ( dla niepoznaki kultowa torba biedronkowa) ona mi mówi, że tym się zajmuje zespół od noworodków i to z nimi mam rozmawiać. Nie zdążyłam. W łóżeczku zobaczyłam całą masę ubranek wyjętą z worka z zapasem, ale kto by się tym przejmował;) Maluchu, witaj na świecie!IMG_5665

Bardzo się z tej narkozy cieszę i żałuję tylko jednego. Że nie usłyszałam pierwszego płaczu mojego najmłodszego Synka.IMG_5740

  • http://www.nieidealnaanna.com Nieidealna Anna

    Gratuluję szczęśliwego, nieco zaspanego rozwiązania :) masz zdrowie i poczucie humoru:)

  • http://www.katarzynagrzebyk.pl/ Katarzyna Grzebyk

    Dużo zdrowia dla Was wszystkich:-) Miałam dwie cesarki, wiem o czym piszesz. Marzyłam o porodzie sn, ale nic z tego, miałam niewielkie szanse. Cesarka to operacja i trzeba swoje odchorować.Po pierwszej myślałam, że będę umierać:-) Po drugiej, już po trzech dniach było ok. Pozdrawiam Was!

  • Magdalena Urbańska

    Asiu, gratuluję!!! Ja mam długie wspomnienia z pierwszego porodu… W trakcie porodu sn usłyszałam “ratujemy najpierw matkę” i potem nie wiem już nic. Na szczęście Jaś jest dziś zdrowy, mimo niedotlenienia i próżnociągu. Też nie słyszałam pierwszego płaczu. Ale nigdy nie zapomnę chwili, gdy położna położyła mi Jasia na piersi. Ta chwila warta była każdej męki… Cieszę się, że dobrze się Tobą zaaopiekowano. Dużo sił dla Was 😉 i mam nadzieję spotkać Was za jakiś czas na osiedlu 😉

Close
Please support the site
By clicking any of these buttons you help our site to get better